21/02/2026
Dawno dawno tymu, za siedmioma destylarniami, za siedmioma browarami, w okolicach Zamku mieszkał Tomisław Apoloniusz Curuś Bachleda Farrell, jak ten piecyk z dmuchawą. Pewnego dnia Tomisław wysedł na miasto i pomyśloł: Krucafuks dość! Ile mozna chlać komercyjne browary! Ani to dobre, ani śwarne a jakie drogie je**ne! No i kac murowany, toć to gołymi łapami w kadzi ługniotane. Zeby to jeszcze z prawdziwego słodu było; a weź tu łodróznij brzeczke od pleśni. Stąd ten słonawy posmak. Tfu, łohydne. Co te turysty w tym widzą. Podczas, gdy Bachleda opijał się harnoldem, smród grzyba i mokrego kartonu niósł się po łokolicy. Nawet pod wiater j*bało skunksem hej! Beergeeczki nie wytsymały. Fetor przepłoszył ich z terenów lęgowych. Imprezowicze, na Wrocławskiej zdechli, a na Półwiejskiej, zdechli. Niedźwiedź Gąsienica łobudził się na blacie w Amore i łod razu poszedł otworzyć bar. Lecz to nie tylko łod niego tak popi***alało. Niby po kąpieli smród kaca ustąpił, ale przez to woń kraftowego piwa stała się jeszcze bardziej kusząca. Lecz otwarcie Amore łobudziło nie tyko misia, łobudził też ządze, łobrzydliwe piwne żądze. Śniezny Kockodan, przez niektórych nazywany też Yeti, dostaje smergla, gdy pocuje woń podwójnej IPY hej. Tak się składo, że w Amore pachnie tożsamo, koniec.
shoutout do Marsa za inspirację!