22/03/2026
zbieramy zespół na sezon 2026, sezon nr 9. poszukujemy stażysty lub stażystki. piszcie piszcie. to może być Twoje najciekawsze i najweselsze lato w życiu.
Trochę muzyki, trochę picia i trochę jedzenia. I jaśliska atmosfera zawsze niedzielna.
(1)
Jaśliska 60
Jasliska
38-485
| Piątek | 12:00 - 16:00 |
| 19:00 - 01:00 | |
| Sobota | 12:00 - 16:00 |
| 19:00 - 01:00 | |
| Niedziela | 12:00 - 16:00 |
| 19:00 - 01:00 |
Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Czeremcha umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.
Wyślij wiadomość do Czeremcha:
Pojawiliśmy się w Jaśliskach przez przypadek. Wracaliśmy świeżo kupioną starą terenówką samochodem i chcieliśmy się napić kawy. Ani kawiarni ani kawy nie było. Był za to wiejski miejski szalet i zapach pieczonego chleba. Siedzieliśmy pod sklepem pijąc wodę i żałując, że to nie piwo i że musimy wyjechać. Urokliwe malwy i nieładne psy. Bogato zdobione drewniane domki i dekadencko brzydki Dom Ludowy. Majestatyczny kościół i nierówne popękane płyty chodnikowe. Polski s*f małomiasteczkowo - wiejski, który skąpany w zachodzącym słońcu jest tak dotkliwie piękny, że doczeka się w końcu swojej indywidualnej kategorii estetycznej. No i tak sączyliśmy tę ciepłą Celestynkę, dumając nad powodem, dla którego moglibyśmy tu wrócić na dłużej. Przyszła Czeremcha była nam oczywiście znana jako Galicja z „Wina Truskawkowego” ale szybko okazało się, jak zresztą zwykle, że rzeczywistość jest fajniejsza od fikcji. Gospoda w tym miejscu istniała od dawna. Powiedziała nam o tym Pani Helena (od urokliwych malw), która była niegdyś jej spirytus movens (ona skromnie twierdzi, że była tylko zwykłą barmanką). Podobno zjeżdżali się chłopi z okolicznych pegieerów i trzeba było bardzo pilnować kufla, bo piwa nigdy nie brakło, ale brakło szkła. A potem zmieniały się czasy i brakło też innych rzeczy. Bardziej potem pojawiliśmy się my i tak długo wierciliśmy dziurę w brzuchu Urzędu Gminy, że w końcu dali nam klucze do tej wspaniałej rudery. Potem perypetia, nie jedna i nie dwie, protagoniści raczej dobrzy i tacy raczej źli, pani z sanepidu, autystycy, pies, szczeniaki, urzędnicy, Staszek, Franek, kolejna ekipa filmowa i różne osobliwości miejskie i wiejskie. Ale wspaniała rudera się ostała. Wiemy, wiemy, w dużej mierze jest nią nadal. No ale cóż, nigdy nie interesowały nas stylowe karczmy. Świeżo kupiona stara terenówka od dwóch lat stoi u mechanika. Ale za to my jesteśmy tu. I Pani Helena wpada czasami w odwiedziny. No i tak o, wyszło, żeby za bardzo się nie rozgadywać w tym skrótowym fejsbukowym dyskursie. Zawsze to lepiej przy barze pogadać.
Pojawiliśmy się w Jaśliskach przez przypadek. Wracaliśmy świeżo kupioną starą terenówką i chcieliśmy się napić kawy. Ani kawiarni ani kawy nie było. Był za to wiejski miejski szalet i zapach pieczonego chleba. Siedzieliśmy pod sklepem pijąc wodę i żałując, że to nie piwo i że musimy wyjechać. Urokliwe malwy i nieładne psy. Bogato zdobione drewniane domki i dekadencko brzydki Dom Ludowy. Majestatyczny kościół i nierówne popękane płyty chodnikowe. Polski s*f małomiasteczkowo - wiejski, który skąpany w zachodzącym słońcu jest tak dotkliwie piękny, że doczeka się w końcu swojej indywidualnej kategorii estetycznej. No i tak sączyliśmy tę ciepłą Celestynkę, dumając nad powodem, dla którego moglibyśmy tu wrócić na dłużej. Przyszła Czeremcha była nam oczywiście znana jako Galicja z „Wina Truskawkowego” ale szybko okazało się, jak zresztą zwykle, że rzeczywistość jest fajniejsza od fikcji. Gospoda w tym miejscu istniała od dawna. Powiedziała nam o tym Pani Helena (od urokliwych malw), która była niegdyś jej spirytus movens (ona skromnie twierdzi, że była tylko zwykłą barmanką). Podobno zjeżdżali się chłopi z okolicznych pegieerów i trzeba było bardzo pilnować kufla, bo piwa nigdy nie brakło, ale brakło szkła. A potem zmieniały się czasy i brakło też innych rzeczy. Bardziej potem pojawiliśmy się my i tak długo wierciliśmy dziurę w brzuchu Urzędu Gminy, że w końcu dali nam klucze do tej wspaniałej rudery. Potem perypetia, nie jedna i nie dwie, protagoniści raczej dobrzy i tacy raczej źli, pani z sanepidu, autystycy, pies, szczeniaki, urzędnicy, Staszek, Franek, kolejna ekipa filmowa i różne osobliwości miejskie i wiejskie. Ale wspaniała rudera się ostała. Wiemy, wiemy, w dużej mierze jest nią nadal. No ale cóż, nigdy nie interesowały nas stylowe karczmy. Świeżo kupiona stara terenówka od dwóch lat stoi u mechanika. Ale za to my jesteśmy tu. I Pani Helena wpada czasami w odwiedziny. No i tak o, wyszło, żeby za bardzo się nie rozgadywać w tym skrótowym fejsbukowym dyskursie. Zawsze to lepiej przy barze pogadać.