Bar Gierczyce 1910

Bar Gierczyce 1910 W 1910 mój pradziadek buduje bar w Gierczycach, który przetrwał wielkie dwie zawieruchy światowe z ulgą przyjął śmierć Józefa i teraz czeka na !! Bar

Ave Satan.Jest to całkiem zabawne pozdrowienie, biorąc pod uwagę pierwotne znaczenie słowa 'szatan'. W języku hebrajskim...
28/01/2025

Ave Satan.
Jest to całkiem zabawne pozdrowienie, biorąc pod uwagę pierwotne znaczenie słowa 'szatan'. W języku hebrajskim 'satan' oznacza przeciwnika – oskarżyciela. W tym pozdrowieniu można więc usłyszeć Jezusowe wezwania do miłości dla nieprzyjaciół.
Czyli wszyscy wykrzykujący 'Ave Satan' – obrazoburczy buntownicy – nieświadomie głoszą jedną z najtrudniejszych ewangelicznych nauk.
A taka miłość?
Już sama jej próba to gruby bunt. Może największy z możliwych.

Z pustej głowy bartosz b

02/12/2024

Pomocy!!!!

Dawno temu w Teatrze Telewizji oglądałem spektakl.
Opowiadał o spotkaniu dwóch mężczyzn. Męża z kochankiem żony.
Kobieta umiera, a kochający ją mąż, przeglądając jej pamiątki odnajduje jej korespondencję z kochankiem. Nie pamiętam już czy z aktualnym, czy byłym?
I zaczyna pisać do niego podrabiając jej charakter pisma, ucząc się pisać tak jak Ona.
Na początku spotkanie jest burzliwe. Potem nie najmłodsi już panowie zaczynają rozmawiać spokojnie.
Mąż przyznaje się kochankowi swoje żony, że z początku robił to dlatego by jeszcze lepiej poznać swoją zmarłą żonę. A potem dlatego, że póki ta korespondencja trwała i ten oszukiwany kochanek odpisywał na te jego list. To było tak jakby ona żyła dalej. Przyznaje, że wie, że to szaleństwo, ale nie potrafił przestać, że robił to z miłości do Niej i braku zgody na Jej śmierć.
Pamiętam tylko tyle, nie pamiętam nawet powodu dla którego zdecydował się przerwać tą mistyfikacje.

Może ktoś oglądał, albo po prostu wie co to za sztuka???
Teraz możecie odetchnąć z ulgą, że nie ogłaszam jakieś zrzuty – choć kto wie, może kiedyś? ;p

-Jakem był młody!!! Jakżem miał pięćdziesiąt lat!!! Coś tam marudzę. A moja mama, obróciła się do mnie i śmiejąc się zaś...
20/11/2024

-Jakem był młody!!! Jakżem miał pięćdziesiąt lat!!!

Coś tam marudzę. A moja mama, obróciła się do mnie i śmiejąc się zaśpiewała tą przyśpiewkę swojego dziadka a mojego pradziadka. Kładę się teraz po obiedzie, uśmiechając się do tej myśli, że do tej młodości, ciągle mi trochę brakuje.

Z pustej głowy bartosza b – Stop!
A może raczej niech to do… Przebłysków?

Takie niemożliwe zdjęcie. Na którym można zobaczyć całą rodzinę. Która nie miała z racji tych wszystkich dat: śmierci – narodzin, spotkać się. A jednak tak pod prąd wszelkim niemożliwościom, logice, chronologii – na moment spotkali się w jednym uśmiechu. Aż chciałoby się zawołać: Cheese!!!

Przebłyski 19.11.2024
(jednak nie wszystkie Przebłyski muszą wydarzać daleko tam w przeszłości)

Koniec

Szkoda, że nie mam tak z dwadzieścia lat więcej A Ty nie jesteś jeszcze młodsza!Chodzilibyśmy co któryś tam czwartekNa g...
07/11/2024

Szkoda, że nie mam tak z dwadzieścia lat więcej
A Ty nie jesteś jeszcze młodsza!
Chodzilibyśmy co któryś tam czwartek
Na gorącą czekoladę
Ja już starszy pan
A Ty tak zachłannie wbiegająca w młodość

Przybiegałabyś zawsze odrobinę spóźniona
Zdyszana zasypywałabyś mnie
Szybko wystrzeliwanymi
Zmartwieniami – radościami
A ja kiwałbym ze zrozumieniem srebrną głową
Uśmiechając się do nich wszystkich
Później odgrzebałbym jakąś starą
pokrytą kurzem anegdotę
A ty krztusiłabyś się śmiechem
a może kurzem?
Wracalibyśmy potem do siebie
Uśmiechnięci
O to spotkanie mądrzejsi

Coraz wcześniej Robi się późno…Zmierzch gasi dzień Unieważnia wszystko Kolory, pośpiech, rzeczy ważne SzarzejąToną w cze...
04/11/2024

Coraz wcześniej
Robi się późno…

Zmierzch gasi dzień
Unieważnia wszystko
Kolory, pośpiech, rzeczy ważne
Szarzeją
Toną w czerni
Zasną

Nie można się już spóźnić
Gdzie się już spóźniło
Już nie uda się nie zdarzyć

Wreszcie można nie myśleć
Wtulić się mocno w siebie
Rozpuścić się
Zawisnąć
W błogim kokonie oczekiwania
Powrót ciepłego oddechu
Ust zbliżających się do szyi…

z pustej głowy bartosza b
30/10/2024

z pustej głowy bartosza b

Niezapominajki    Pamiętam. Lubię pamiętać grzebać w mojej głowie i odnajdywać w niej coś czego wydawałoby się już od da...
30/10/2024

Niezapominajki

Pamiętam. Lubię pamiętać grzebać w mojej głowie i odnajdywać w niej coś czego wydawałoby się już od dawna nie powinno w niej być. Nawet nie odnajdywać, a potykać się o nie. Wpadać mimochodem na wspomnienia. Ja nie zapominam. Brzmi to jak groźba, a ani trochę nią nie jest, bo pamiętać nie znaczy być pamiętliwym. Tak samo jak nie zapominać nie znaczy nie wybaczać.

***

Jestem z mamą i siostrą w naszych gierdeckich pasiekach idziemy koło potoku wzdłuż którego ciągnie się dla mnie wtedy niekończący się zagajnik. Spoglądam w górę i z radością obserwuję igraszki pierwszych wiosennych promieni słońca z zielonymi, młodymi liśćmi, które podobnie jak ja niedawno pojawiły się na świecie. Coś jakby migotliwa zabawa w berka w koronach drzew. Nie odrywam od niej wzroku, cieszę się z ich zabawy, z tego, że jesteśmy razem ja, mama i rok młodsza od mnie Ela, która już tak dzielnie z nami podróżuje, na kres wtedy znanego mi świata.
Wtem moja siostra potyka się i wywraca, a mój wzrok odrywa się od tej pasjonującej podniebnej gonitwy, podążając za przewracającą się siostrą. A potyka się ona tak szczęśliwie i pięknie lądując w błękitnym cudzie, kawałku nieba wyrastającym wprost z ziemi. Szeroko otwieram buzie oczy rosną mi do rozmiarów talerzyków tych najlepszych, tych deserowych! Pytam mamę:

-Co to za kwiatki?
-Niezapominajki – odpowiada
-Dlaczego niezapominajki?
-Bo są tak piękne, że jak ktoś je choć raz zobaczy to nigdy ich nie zapomni.

Wiedziałem, patrząc na te małe śliczne, skromne kwiatki, że to jest prawda i że już nigdy ich nie zapomnę. Pokochałem jej od pierwszego spojrzenia, i to dzięki nim zrodziła się we mnie ta wielka chęć do niezapominania.

***

- Zapomnij mnie!!! – Ona wściekła wykrzyczy, zażąda – Nie waż się nawet myśleć o mnie!!!

To niemożliwe… - pomyślałem - bo jak zamykam oczy, to od razu je widzę - niezapominajki. I jest wiosna. Młode promienie słońca znowu igrają pośród zielonych liści. Za chwilę roziskrzą, obudzą błękit niezapominajek, a one jeszcze raz opowiedzą mi wszystko tak jak było. Pięknie i dobrze.

Koniec

„ I z Chaosu wyłonił się Kosmos”- …hmmm z tego wynika, że ten cały kosmos, musowo młodszy od mnie, bo chaos kroczy za mn...
29/10/2024

„ I z Chaosu wyłonił się Kosmos”

- …hmmm z tego wynika, że ten cały kosmos, musowo młodszy od mnie, bo chaos kroczy za mną. Tak przynajmniej twierdzą te które spróbowały miodu życia ze mną.

Z pustej głowy bartosza b

Motorower Siadam u babci w kuchni i z tym samym niezmiennym dziecięcym zadowoleniem i radością oglądam jej biały kredens...
28/10/2024

Motorower

Siadam u babci w kuchni i z tym samym niezmiennym dziecięcym zadowoleniem i radością oglądam jej biały kredens. Tak jak wtedy, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy a bardziej zauważyłem, bo przecież on tam był dla mnie od zawsze. Nawet na długo przed tym zanim mogłem powiedzieć o czymś, że było od zawsze. Zawsze to niebezpieczne i niepewne słowo w ustach istoty tak nietrwałej jak człowiek i może lepiej zostawić je Bogu?

W każdym bądź razie kredens królował w babci kuchni na długo przed tym nim nauczyłem się widzieć i jeszcze na dużo dłużej przed tym nim nauczyłem się zauważać. Gdy wreszcie któregoś dnia zauważyłem go przyjrzałem się mu dokładnie to … Zwariowałem, zakochałem się w tym niesamowitym meblu pełnym przegródek, półeczek i poupychanych pomiędzy nimi i przygód. Jej biały kredens z czerwonymi gałeczkami, był szalony. Składał się z trzech nie pasujących do siebie obłych brył. Te trzy części sprawiały, że był pełen emocji. Takiego żywego napięcia między nimi które jednak scalała jej jakaś niezwykła równowaga. Tak jakby bez przerwy wydarzał się. Prawdziwy kombajn, wielofunkcyjne białe cudo do magazynowania, przechowywania i eksponowania prosto z atomowych lata pięćdziesiątych. Z dziecięcą radością wspinałem się wzrokiem po trzech czerwonych gałkach szuflad. Gdy je się w odpowiedni sposób nie poodsuwało. Dolna wysunięta, środkowa nieco mniej, a ta najwyższa zostawiło w spokoju, to przy odrobinie chęci można było w nich zobaczyć bałwana z mosiężnym cylindrem na głowie w kształcie moździerza, bo moździerz stał dumnie na półce zaraz nad tymi trzema szufladami.

Na prawo od tych zmiennokształtnych szuflad znajdował się barek który otwierał swe drzwiczki w dół niczym jakiś most zwodzony. Tylko, że ten nie prowadził do zamku, a wprost do skarbca pełnego wszelakiego kolorowego dobra. Ciasno ściśniętych tam pokus, które krzyczały, przekrzykiwały się weź mnie, spróbuj, chociaż dotknij. Butelki, buteleczki, kolorowe puszki z kawą i paczka kakao z pięknym wiatrakiem i ten nieszczęsny likier z wiśniami, któremu dalej nie mogę wybaczyć jego smaku. Smaku wielkiego rozczarowania i zawodu, gdy sięgnąłem po niego myśląc, że to kompot. Nad barkiem i szufladami pyszniła się przeszkloną półka niczym dwupiętrowa witryna jakiegoś sklepu z porcelaną, kolorowymi kubkami i kryształowymi kieliszkami, wokół których w słoneczne poranki eksplodowały ledwie widoczne, lecz nie do przeoczenia dla oczu dziecka małe kolorowe tęcze. Jeszcze ten stojący w ukryciu nieco w cieniu tuż nad szufladami ciężki budzący grozę, bo kojarzący się z czarami mosiężny moździerz. Na lewo od szuflad kredensu była szafa zbrojna w warzechy, tłuczki tasaki i inne niezwykłe przybory kuchenne. Najcenniejszym eksponatem chowającym się tam była drewniana miarka na mąkę należąca podobno do babci mojej babci. Jak byłem małym chłopcem, nie za bardzo wierzyłem w to, żeby babcie mogły mieć babcie, ale mimo wszystko zawsze z radością na polecenie babci wyciągałem tą miarkę z mąką, zwłaszcza gdy zanosiło się na to ze będą pyzy jak u nas mówiono na kluski na parze. Najbardziej tajemniczą częścią tego kredensu była wysuwana stolnica, która pojawiała się za sprawą czarów prosto z blatu pomiędzy barkiem a znajdująca się pod nim szafką na garnki i talerze. I to często z gotowym już pokrojonym i wysuszonym makaronem na niedzielny rosół. Pod tym miejscem które jak byłem przekonany samo produkowało makaron, znajdowała się dwudrzwiowa szafka. Nieprzyjemnie ciemne posępne miejsce. Będące w całkowitej kontrze do reszty, ale przez to dopełniającym go i jeszcze mocniej budzącym wyobraźnie nadającym temu martwemu meblowi jeszcze mocniej pozór życia i jego nieustanej walki dobra ze złem. Ta budząca dziecięcą grozę cześć kredensu była niedoświetlona, bo nie wiedzieć czemu otwierano tylko prawe drzwi i to nie za szeroko jakby światło mogło zaszkodzić przechowywanej tam zastawie stołowej i przez co niezwykle głębokie talerze wydawały się jeszcze głębsze niemal bez dna, a ja bałem się tam nawet zaglądać. Na szczęście był jeszcze przyciągający wzrok prawy górny róg nieznośnie wesoły, lekki i żartobliwy. Drwiący z bycia rogiem i kątów prostych, bo były to dwie półokrągłe półki z półlitrowymi metalowymi garnuszkami codziennego porannego użytku, budzących dzień zapachem świeżo zaparzonej kawy.

Oglądanie tego białego cuda zdobionego wielkimi przywodzącymi na myśl czerwone korale bądź soczyste wiśnie gałkami szuflad i szafek zawsze miało coś z zabawy z niesamowitej przygody. Niekończącej się radości z wspinania się z półki ma półkę przeskakiwania na blat w poszukiwaniu stolnicy i suszącego się na niej makaronu.

-Bartosz nie jesteś głodny? - pyta babcia i momentalnie znika kredens, a ja z niemałym zainteresowaniem i łakomstwem zaczynam przyglądać się kuchence gazowej marki Predom.
-Coś bym może zjadł – odpowiadam, bo a ja w jakiś niewytłumaczalny sposób zaraz po przekroczeniu progu babci kuchni od zawsze czułem się głód. Po chwili stoi przede mną olbrzymi talerz przepysznej zupy fasolowej omaszczony niesamowita ilością słoniny i boczku.

A ja w jakiś przedziwny sposób zanim jeszcze zdarzę przełknąć pierwszą łyżkę zupy ląduję na wozie pomiędzy drewnianymi beczkami i jadę z bracią i dziadkiem po piwo do Bochni. Jest piękny wiosenny dzień, a babcia ma już chytry plan. Zastanawia się tylko jak się na moment pozbyć niewtajemniczonego w cały zamiar dziadka, bo mógłby tylko niepotrzebnie protestować - a po co?
Babcia wypatrzyła nieopodal rozlewni piwa w sklepie rolniczym piękny motorower i ledwo go zobaczyła to serce zabiło jej szybciej, gdy wyobraziła sobie dziką i niepohamowaną radość swojego syna Adama, gdy przywozi mu to cudo.

-Wiesz Bartosz ja już wszystko miałam zawczasu gotowe - śmieje się do mnie żywo babcia. A oczy jej skrzą się przebiegle, radośnie - pieniądze przygotowane, tylko myślałam jak się Franka pozbyć. Bo tylko by się złościł, a dość, że ja sama trochę zła byłam na siebie, za ten pomysł. I mówię mu idź tam i tu i przynieś to. Dziadek to był dobry był chłop - śmiała się serdecznie- ale czasami taki naiwny. A ja sama w tym czasie poleciałam do sklepu i kupiła tego Komar dla Adama. Goście wnieśli mi go na wóź. Postawili między beczki. Bartosz żałuj, że nie widziałeś miny dziadka jak wrócił. - głośno śmiała się babcia- Był taki zły, że całą drogę powrotną się do mnie nie odzywał. Ale on tylko tak udawał, że się boczy.

Dziadek miał taką moc-umiejętność, że potrafił przezywać radość innych jak swoją, a co dopiero radość swojego syna! Nic wiec dziwnego, że gdy już zjeżdżali z Cyliberki rozchmurzył się i już tylko tak bardzo niewprawnie udawał obrażonego. Co prawda dalej milczał, ale pogwizdywał wesoło pod nosem a babcia oczy śmiały się do niego. I w tej chwili wzajemnego uwadnia, że się na siebie gniewają kochali się i byli nieziemsko szczęśliwi.

Choć rzeczywiście z początku pomysł zakupem tego motocykla wydawał dziadkowi fanaberią, rzeczą nie do pomyślnie. Kosmiczną wręcz. „Takiemu smarkaczowi motor przecież ja w jego wieku nawet nie śmiałem o rowerze marzyć a tu motor”. Oglądał się za siebie, z niedowierzaniem spoglądał wprost w wyłupiaste oko jednośladu władowanemu pomiędzy beczki z piwem. I przypomniał sobie swoje dzieciństwo, gdy będąc chłopcem niewiele, bo może tylko kilaka lat młodszym od jego Adasia wysłany był po pół głowy cukru przez mamę. Pamiętał jak ledwo odszedł od sklepu na bezpieczną odległość taką by mógł niezauważony pospiesznie i ostrożnie rozwinąć chustę, w którą zawinięte były kawałki cukru i z wielką nadzieja i coraz szybciej walącym sercem w piersi liczył je. Miało być tych okruchów pomiędzy 22 a 24 i wiedział, że mama go sprawdzi. Lecz czasami szczęśliwie okruchy były mniejsze i pojawiała się dla niego jego i tylko jego 25 okruch zawsze najmniejszy. To była chwila wielkiej radości i szczęścia, "a teraz dla mojego Adasia tym 25 okruchem będzie ten czerwony motor -zaśmiał się w duchu dziadek – nie ma co Panie Boże dzieci mają teraz lepiej i dzięki ci za to!!!”

- I Bartosz!!! Nawet sobie nie wyobrażasz jak się Adam cieszył- śmieje się do mnie babcia i widać było jak ta radość ożywa w niej. Jak jej oczy błyszczą tym samym szczęściem jak wtedy i mówi dalej:
- I gonił wkoło motoru i wkoło nas. Nie wiedział, czy ściskać nas czy motor. I wiesz co ten dziada zrobił parę dni później. Uciekł, odjechał na tym motorowerze, aż gdzieś za Książnice.

I opowiada jak zapłakanego zuchwałego uciekiniera przyprowadził do domu jakiś przygodnie spotkany kierowca, myśląc, że Adam ukradł komara ojcu. Zupełnie nie dając wiary jego tłumaczeniom, że to jego motorower. W domu pospiesznie odbywa się sąd nad 12 letnim uciekinierem. Dziadek i ciocia Gienia chcą odebrać za tą zuchwałą ucieczkę Adamowi motorower. Babcia nie godzi się na to. Jest zła. Wściekła. Ale nie na jej Adasia, a na tego troskliwego pana, bo przez niego jej Adaś płacze. Mówi pełna złości i niezgody, że nic z tego i wspominając swoje ciężkie zapalenie szpiku kostnego mówi.

-Mi los szybko zabrał możliwość, chodzenia, biegania. Radość z młodości i chce sobie to wynagrodzić przez radość i zabawę mojego dziecka.
-Ale przecież on za młody może sobie krzywdę zrobić – oponował przygodny anioł stróż Adama.
-Nic panu do tego!!! To moje dziecko!!! I może się nawet … - tu urywa zamyśla się smutnieje i łzy stają jej w oczach i po cichu niemal martwym głosem mówi.
-Wiesz Bartosz… są takie słowa, których później żałuje się do końca życia. - Po czym spogląda na wiszące na ścianie jedno z ostatnich zdjęć wujka Adama. Ma na nim 20 parę lat i mimo, że był wesołym pełnym dowcipu i radości chłopakiem to pozuje na nim na takiego zamyślonego, smutnego młodzieńca o melancholijnym i mądrym spojrzeniu które miało topić lód ewentualnie obdarowanych tym zdjęciem młodych dziewczyn. Widzę, jak w babci oczach mieszają się radość i głęboki smutek. Parę dni po zrobieniu tego zdjęcia Adam, jej Adaś, ginie w wypadku samochodowym na pożegnaniu przyjaciela idącego do wojska.

Po chwili babcia jak kot otrzepuję się z tych nieprzyjemnych myśli, wzdryga się gwałtownie, chce je z siebie najszybciej zrzucić by niepotrzebnie, znowu nie dręczyły.

-No gdzie ten Jasiek. Jajka miał mi przynieść. Nie to, że nie mam, bo mogę sobie kupić, ale przynajmniej ta dziada by na piwo dostała. A poza tym on wie wszystko co się na wsi dzieje. Nie to co wy !!! - mówi do mnie niemal z wyrzutem.

Wróciła do tu i teraz.

Koniec

Rzecz o tym jak pewnego dnia nie dotarłem na rynek i zostałem Aniołem Stróżem   Chodziłem po mieszkaniu z kąta w kąt. Be...
27/10/2024

Rzecz o tym jak pewnego dnia nie dotarłem na rynek i zostałem Aniołem Stróżem

Chodziłem po mieszkaniu z kąta w kąt. Bezcelowość dość szczelnie i na nieszczęście dla mnie niemal całkowicie bezboleśnie wypełniała moje życie. Bezcelowość jest przezroczysta. Dlatego tak niebezpieczna. Łatwo jej nie zauważyć, a możemy być pewni, że kiedyś się o nią rozbijemy.

Lecz tego dnia zaczęła mnie trochę uwierać. Męczyć mnie. Zrobiło mi się niemiłosiernie ciasno i duszno w tym małym, ale tak przytulnym mieszkanku. Z którego nie chciało się nigdzie wychodzić i do którego cały czas ktoś przychodził z wizytą. Coś nie pozwalało zaznać mi w nim spokoju. Jak więzień, jak bezrozumna piłka odbijałem się już tylko od ściany do ściany.

Pewnie swoje trzy grosze dorzucał permanentny kac. W moim wypadku też straszny zdrajca i leń, bo zamiast męczyć i nie dawać żyć po prostu był. Ot taki stan zmęczenia, z którym dało się żyć, a nawet w pewien sposób zaprzyjaźnić. W pewnym momencie poczułem, że muszę po prostu wyjść. Nie mogę zostać ani chwili dłużej. Sam się teraz krzywię pisząc to, bo brzmi to głupio i pretensjonalnie, ale niemal czułem jak jakaś Siła każe mi wyjść. Wypycha mnie za drzwi mieszkania.

Zbiegłem po schodach z mojego piątego piętra wprost na ulice Felicjanek. I nie za bardzo wiedziałem, gdzie mam iść? Poszedłem w kierunku rynku.
Przekraczam ulice Straszewskiego i staje w jej połowie na przejściu dla pieszych na wysepce. Stoję z innymi ludźmi i nie za bardzo wiem po co idę na ten rynek. Nagle za mojej prawej ręki wprost pod nadjeżdżający tramwaj wbiega kobieta. Moja ręka wystrzeliwuje, jak pocisk. Łapie ją za kołnierz płaszcza. Gwałtownie wyszarpuje sprzed tramwaju.
Pamiętam jeszcze tylko moje spłoszone słowa towarzyszące tej samowoli mojej ręki
- Przepraszam panią... - chyba dlatego przepraszałem, bo szarpnąłem naprawdę mocno, bo ten ruch a właściwie bardziej odruch miał w sobie coś z ataku.
Kiedyś wydarzyło mi się coś bardzo podobnego.

W pewne niedzielne popołudnie przyszedłem do baru nieziemsko skacowany. Przy stoliku siedzieli chłopaki z Łapczycy. Przywitałem się. Siadłem ciężko obok nich. Zamarłem bez ruchu, a oni żywo pili piwo i wcinali śledzie, gadali. Jeden z nich żywo gestykulując potrącił widelec, a moja dłoń wystrzeliła łapiąc spadający widelec tuż nad ziemią. Wszyscy wybuchli śmiechem widząc jak ten szary kamienny blok na powrót zamarł i wielce zdziwiony przygląda się widelcowi który trzyma w ręce.

W sumie teraz nie wydarzyło się nic innego tylko zamiast widelca trzymam za kołnierz wystraszoną kobietę, która nie jest wstanie wydobyć słowa. Ze mnie wszystko schodzi. Całe napięcie znika. Obracam się. Wracam do siebie.

Została tylko tajemnica. Jakieś niejasne przeczucie. Zaproszenie. I nic więcej.

koniec

Przebłyski 27.10.2017.a wydarzyło się chyba, nawet na pewno jeszcze w tamtym tysiącleciu…

Rozmowy 18 – Kłamstwo  - Słuchaj młody boś głupi!!! Nie możesz mi zarzucać kłamstwa!!! Że niby ja nie odstawiłem kolejki...
26/10/2024

Rozmowy 18 – Kłamstwo


- Słuchaj młody boś głupi!!! Nie możesz mi zarzucać kłamstwa!!! Że niby ja nie odstawiłem kolejki. Szczególnie ty!!! Urodzony już w tym nowym tysiącleciu w którym ludzkość pokonała kłamstwo. Przecież teraz już się nie kłamie, tylko buduje równoległą rzeczywistość - alternatywną narracje. A prawda? Pytasz… To coś jeszcze inkszego niż nie-kłamstwo. Na razie nikogo specjalnie Ona nie zajmuje… Bo niebezpieczne to to, jak zabawa na polu minowym. Wypowiesz i od razu bum!!! Ktoś poszkodowany. My też lepiej dajmy jej pokój. No dobra, dobra nie przepraszaj, nie przepraszaj już, tylko przynieś nam tutaj jeszcze po piwku.

Nie spotkam Nie zdążę Do Tej Co roztańczy - Przytuli mnie! Niech już tak zostanie Że tańczę raczej źle Podobno wolnych p...
25/10/2024

Nie spotkam
Nie zdążę
Do Tej
Co roztańczy - Przytuli mnie!

Niech już tak zostanie
Że tańczę raczej źle

Podobno wolnych poznać po tym, że kulawi
A Ci nie tańczą…
Ja na pewno nie

Adres

Gierczyce 52
Gierczyce
32744

Telefon

+48146127384

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Bar Gierczyce 1910 umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria