28/10/2024
Motorower
Siadam u babci w kuchni i z tym samym niezmiennym dziecięcym zadowoleniem i radością oglądam jej biały kredens. Tak jak wtedy, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy a bardziej zauważyłem, bo przecież on tam był dla mnie od zawsze. Nawet na długo przed tym zanim mogłem powiedzieć o czymś, że było od zawsze. Zawsze to niebezpieczne i niepewne słowo w ustach istoty tak nietrwałej jak człowiek i może lepiej zostawić je Bogu?
W każdym bądź razie kredens królował w babci kuchni na długo przed tym nim nauczyłem się widzieć i jeszcze na dużo dłużej przed tym nim nauczyłem się zauważać. Gdy wreszcie któregoś dnia zauważyłem go przyjrzałem się mu dokładnie to … Zwariowałem, zakochałem się w tym niesamowitym meblu pełnym przegródek, półeczek i poupychanych pomiędzy nimi i przygód. Jej biały kredens z czerwonymi gałeczkami, był szalony. Składał się z trzech nie pasujących do siebie obłych brył. Te trzy części sprawiały, że był pełen emocji. Takiego żywego napięcia między nimi które jednak scalała jej jakaś niezwykła równowaga. Tak jakby bez przerwy wydarzał się. Prawdziwy kombajn, wielofunkcyjne białe cudo do magazynowania, przechowywania i eksponowania prosto z atomowych lata pięćdziesiątych. Z dziecięcą radością wspinałem się wzrokiem po trzech czerwonych gałkach szuflad. Gdy je się w odpowiedni sposób nie poodsuwało. Dolna wysunięta, środkowa nieco mniej, a ta najwyższa zostawiło w spokoju, to przy odrobinie chęci można było w nich zobaczyć bałwana z mosiężnym cylindrem na głowie w kształcie moździerza, bo moździerz stał dumnie na półce zaraz nad tymi trzema szufladami.
Na prawo od tych zmiennokształtnych szuflad znajdował się barek który otwierał swe drzwiczki w dół niczym jakiś most zwodzony. Tylko, że ten nie prowadził do zamku, a wprost do skarbca pełnego wszelakiego kolorowego dobra. Ciasno ściśniętych tam pokus, które krzyczały, przekrzykiwały się weź mnie, spróbuj, chociaż dotknij. Butelki, buteleczki, kolorowe puszki z kawą i paczka kakao z pięknym wiatrakiem i ten nieszczęsny likier z wiśniami, któremu dalej nie mogę wybaczyć jego smaku. Smaku wielkiego rozczarowania i zawodu, gdy sięgnąłem po niego myśląc, że to kompot. Nad barkiem i szufladami pyszniła się przeszkloną półka niczym dwupiętrowa witryna jakiegoś sklepu z porcelaną, kolorowymi kubkami i kryształowymi kieliszkami, wokół których w słoneczne poranki eksplodowały ledwie widoczne, lecz nie do przeoczenia dla oczu dziecka małe kolorowe tęcze. Jeszcze ten stojący w ukryciu nieco w cieniu tuż nad szufladami ciężki budzący grozę, bo kojarzący się z czarami mosiężny moździerz. Na lewo od szuflad kredensu była szafa zbrojna w warzechy, tłuczki tasaki i inne niezwykłe przybory kuchenne. Najcenniejszym eksponatem chowającym się tam była drewniana miarka na mąkę należąca podobno do babci mojej babci. Jak byłem małym chłopcem, nie za bardzo wierzyłem w to, żeby babcie mogły mieć babcie, ale mimo wszystko zawsze z radością na polecenie babci wyciągałem tą miarkę z mąką, zwłaszcza gdy zanosiło się na to ze będą pyzy jak u nas mówiono na kluski na parze. Najbardziej tajemniczą częścią tego kredensu była wysuwana stolnica, która pojawiała się za sprawą czarów prosto z blatu pomiędzy barkiem a znajdująca się pod nim szafką na garnki i talerze. I to często z gotowym już pokrojonym i wysuszonym makaronem na niedzielny rosół. Pod tym miejscem które jak byłem przekonany samo produkowało makaron, znajdowała się dwudrzwiowa szafka. Nieprzyjemnie ciemne posępne miejsce. Będące w całkowitej kontrze do reszty, ale przez to dopełniającym go i jeszcze mocniej budzącym wyobraźnie nadającym temu martwemu meblowi jeszcze mocniej pozór życia i jego nieustanej walki dobra ze złem. Ta budząca dziecięcą grozę cześć kredensu była niedoświetlona, bo nie wiedzieć czemu otwierano tylko prawe drzwi i to nie za szeroko jakby światło mogło zaszkodzić przechowywanej tam zastawie stołowej i przez co niezwykle głębokie talerze wydawały się jeszcze głębsze niemal bez dna, a ja bałem się tam nawet zaglądać. Na szczęście był jeszcze przyciągający wzrok prawy górny róg nieznośnie wesoły, lekki i żartobliwy. Drwiący z bycia rogiem i kątów prostych, bo były to dwie półokrągłe półki z półlitrowymi metalowymi garnuszkami codziennego porannego użytku, budzących dzień zapachem świeżo zaparzonej kawy.
Oglądanie tego białego cuda zdobionego wielkimi przywodzącymi na myśl czerwone korale bądź soczyste wiśnie gałkami szuflad i szafek zawsze miało coś z zabawy z niesamowitej przygody. Niekończącej się radości z wspinania się z półki ma półkę przeskakiwania na blat w poszukiwaniu stolnicy i suszącego się na niej makaronu.
-Bartosz nie jesteś głodny? - pyta babcia i momentalnie znika kredens, a ja z niemałym zainteresowaniem i łakomstwem zaczynam przyglądać się kuchence gazowej marki Predom.
-Coś bym może zjadł – odpowiadam, bo a ja w jakiś niewytłumaczalny sposób zaraz po przekroczeniu progu babci kuchni od zawsze czułem się głód. Po chwili stoi przede mną olbrzymi talerz przepysznej zupy fasolowej omaszczony niesamowita ilością słoniny i boczku.
A ja w jakiś przedziwny sposób zanim jeszcze zdarzę przełknąć pierwszą łyżkę zupy ląduję na wozie pomiędzy drewnianymi beczkami i jadę z bracią i dziadkiem po piwo do Bochni. Jest piękny wiosenny dzień, a babcia ma już chytry plan. Zastanawia się tylko jak się na moment pozbyć niewtajemniczonego w cały zamiar dziadka, bo mógłby tylko niepotrzebnie protestować - a po co?
Babcia wypatrzyła nieopodal rozlewni piwa w sklepie rolniczym piękny motorower i ledwo go zobaczyła to serce zabiło jej szybciej, gdy wyobraziła sobie dziką i niepohamowaną radość swojego syna Adama, gdy przywozi mu to cudo.
-Wiesz Bartosz ja już wszystko miałam zawczasu gotowe - śmieje się do mnie żywo babcia. A oczy jej skrzą się przebiegle, radośnie - pieniądze przygotowane, tylko myślałam jak się Franka pozbyć. Bo tylko by się złościł, a dość, że ja sama trochę zła byłam na siebie, za ten pomysł. I mówię mu idź tam i tu i przynieś to. Dziadek to był dobry był chłop - śmiała się serdecznie- ale czasami taki naiwny. A ja sama w tym czasie poleciałam do sklepu i kupiła tego Komar dla Adama. Goście wnieśli mi go na wóź. Postawili między beczki. Bartosz żałuj, że nie widziałeś miny dziadka jak wrócił. - głośno śmiała się babcia- Był taki zły, że całą drogę powrotną się do mnie nie odzywał. Ale on tylko tak udawał, że się boczy.
Dziadek miał taką moc-umiejętność, że potrafił przezywać radość innych jak swoją, a co dopiero radość swojego syna! Nic wiec dziwnego, że gdy już zjeżdżali z Cyliberki rozchmurzył się i już tylko tak bardzo niewprawnie udawał obrażonego. Co prawda dalej milczał, ale pogwizdywał wesoło pod nosem a babcia oczy śmiały się do niego. I w tej chwili wzajemnego uwadnia, że się na siebie gniewają kochali się i byli nieziemsko szczęśliwi.
Choć rzeczywiście z początku pomysł zakupem tego motocykla wydawał dziadkowi fanaberią, rzeczą nie do pomyślnie. Kosmiczną wręcz. „Takiemu smarkaczowi motor przecież ja w jego wieku nawet nie śmiałem o rowerze marzyć a tu motor”. Oglądał się za siebie, z niedowierzaniem spoglądał wprost w wyłupiaste oko jednośladu władowanemu pomiędzy beczki z piwem. I przypomniał sobie swoje dzieciństwo, gdy będąc chłopcem niewiele, bo może tylko kilaka lat młodszym od jego Adasia wysłany był po pół głowy cukru przez mamę. Pamiętał jak ledwo odszedł od sklepu na bezpieczną odległość taką by mógł niezauważony pospiesznie i ostrożnie rozwinąć chustę, w którą zawinięte były kawałki cukru i z wielką nadzieja i coraz szybciej walącym sercem w piersi liczył je. Miało być tych okruchów pomiędzy 22 a 24 i wiedział, że mama go sprawdzi. Lecz czasami szczęśliwie okruchy były mniejsze i pojawiała się dla niego jego i tylko jego 25 okruch zawsze najmniejszy. To była chwila wielkiej radości i szczęścia, "a teraz dla mojego Adasia tym 25 okruchem będzie ten czerwony motor -zaśmiał się w duchu dziadek – nie ma co Panie Boże dzieci mają teraz lepiej i dzięki ci za to!!!”
- I Bartosz!!! Nawet sobie nie wyobrażasz jak się Adam cieszył- śmieje się do mnie babcia i widać było jak ta radość ożywa w niej. Jak jej oczy błyszczą tym samym szczęściem jak wtedy i mówi dalej:
- I gonił wkoło motoru i wkoło nas. Nie wiedział, czy ściskać nas czy motor. I wiesz co ten dziada zrobił parę dni później. Uciekł, odjechał na tym motorowerze, aż gdzieś za Książnice.
I opowiada jak zapłakanego zuchwałego uciekiniera przyprowadził do domu jakiś przygodnie spotkany kierowca, myśląc, że Adam ukradł komara ojcu. Zupełnie nie dając wiary jego tłumaczeniom, że to jego motorower. W domu pospiesznie odbywa się sąd nad 12 letnim uciekinierem. Dziadek i ciocia Gienia chcą odebrać za tą zuchwałą ucieczkę Adamowi motorower. Babcia nie godzi się na to. Jest zła. Wściekła. Ale nie na jej Adasia, a na tego troskliwego pana, bo przez niego jej Adaś płacze. Mówi pełna złości i niezgody, że nic z tego i wspominając swoje ciężkie zapalenie szpiku kostnego mówi.
-Mi los szybko zabrał możliwość, chodzenia, biegania. Radość z młodości i chce sobie to wynagrodzić przez radość i zabawę mojego dziecka.
-Ale przecież on za młody może sobie krzywdę zrobić – oponował przygodny anioł stróż Adama.
-Nic panu do tego!!! To moje dziecko!!! I może się nawet … - tu urywa zamyśla się smutnieje i łzy stają jej w oczach i po cichu niemal martwym głosem mówi.
-Wiesz Bartosz… są takie słowa, których później żałuje się do końca życia. - Po czym spogląda na wiszące na ścianie jedno z ostatnich zdjęć wujka Adama. Ma na nim 20 parę lat i mimo, że był wesołym pełnym dowcipu i radości chłopakiem to pozuje na nim na takiego zamyślonego, smutnego młodzieńca o melancholijnym i mądrym spojrzeniu które miało topić lód ewentualnie obdarowanych tym zdjęciem młodych dziewczyn. Widzę, jak w babci oczach mieszają się radość i głęboki smutek. Parę dni po zrobieniu tego zdjęcia Adam, jej Adaś, ginie w wypadku samochodowym na pożegnaniu przyjaciela idącego do wojska.
Po chwili babcia jak kot otrzepuję się z tych nieprzyjemnych myśli, wzdryga się gwałtownie, chce je z siebie najszybciej zrzucić by niepotrzebnie, znowu nie dręczyły.
-No gdzie ten Jasiek. Jajka miał mi przynieść. Nie to, że nie mam, bo mogę sobie kupić, ale przynajmniej ta dziada by na piwo dostała. A poza tym on wie wszystko co się na wsi dzieje. Nie to co wy !!! - mówi do mnie niemal z wyrzutem.
Wróciła do tu i teraz.
Koniec